2&3
Przeniósł wzrok z jezdni na mnie i przyglądał mi się
z… No właśnie. Nie wiem jak to nazwać.
Zdziwienie?
Rozczarowanie?
Niedowierzanie?
W każdym razie coś w tym guście.
- Zatrzymaj się. Stąd już sobie dojdę – powiedziałam
, uznając naszą rozmowę za skończoną.
- Vann, nie wygłupiaj się …
- Zatrzymaj się – powiedziałam głośniej i dobitniej.
Dobrze znał ten ton i wiedział, że kiedy zaczynam nim mówić, to
lepiej ze mną nie zadzierać. Posłusznie zjechał na pobocze, a ja
wyszłam, kulturalnie trzaskając drzwiami. Przyjmijmy wersję, że
nie chciały się domknąć…
- Daj mi coś powiedzieć…
- Jedyne co możesz mi teraz powiedzieć to „Dobranoc”,
ale spokojnie, nie ma ciśnienia, jeśli nie chcesz to nie musisz –
powiedziałam, i odwracając się na pięcie, ruszyłam przed siebie.
Nie byłam zła.
Nie byłam smutna.
Byłam rozczarowana, że tak szybko i tak brutalnie
sprowadził mnie na ziemię. W sumie, co ja sobie głupia myślałam
? Że rzuci mi się na szyję i powie , że od zawsze marzył, żebym
przeprowadziła się do Londynu ? Ale ze mnie idiotka… Od jakiegoś
czasu nasza przyjaźń przybrała trochę inny wymiar. Kiedyś
wszystko robiliśmy razem, ale teraz on ma swoje życie i wychodzi na
to , że ja też muszę je zacząć posiadać…
~*~
Następnego dnia, ze względu na wczorajszą długą
podróż i na to, że nie mogłam w nocy spać, wstałam po 13.
Mieszkanie było puste. Olivia była na uczelni, a Scott zapewne w
pracy, bo przecież normalni ludzie nie wstają o takiej godzinie.
Przez duże i jedyne w moim nowym pokoju okno, zobaczyłam, że na
zewnątrz jest piękna pogoda. Słońce, bezchmurne niebo i ponad 20
stopni na termometrze. W Londynie rzadko kiedy zdarzają się takie
ładne dni, więc postanowiłam go nie zmarnować. Ubrałam się i
poszłam na spacer do parku, który kiedyś pokazał mi Liam.
Znajdował się niedaleko, więc już po chwili byłam na miejscu.
Usiadłam się na „naszej” ławce, na której spędziliśmy całą
noc przed finałem X-Factora, a potem ostatni wieczór przed ich
pierwszą trasą koncertową… Uśmiechnęłam się na myśl o tych
chwilach.
Wokół mnie biegało kilkoro roześmianych dzieci,
obserwowanych przez czujne oko ich matek, siedzących niedaleko mnie
. Natomiast kilka metrów dalej, zauważyłam starsze małżeństwo
spacerujące zacienionymi przez drzewa alejkami. Z żalem
uświadomiłam sobie, że mi najprawdopodobniej nie będzie dane
zostać matką czy babcią. Nie wiem nawet, czy następny tydzień
nie okaże się moim ostatnim.
Nic nie wiem.
Nie mam wpływu na własne życie…
Nie chcąc o tym dłużej myśleć, zamknęłam oczy i
pozwoliłam, żeby słońce przygrzewało mi prosto w twarz. Jednak
po chwili coś przysłoniło mi światło. Otworzyłam oczy i
zobaczyłam chłopaka z kapturem na głowie i okularach
przeciwsłonecznych na nosie.
Sylwetka była znajoma. Wziął mnie za rękę i pewnie
prowadził, idąc przed siebie… W końcu dotarliśmy nad Tamizę,
skąd rozciągał się piękny widok na London Eye czy Big Bena. Tak
się zapatrzyłam, że nawet nie zauważyłam, kiedy zdążył iść
po shake'i, które trzymał w ręku. Podał mi jeden, duży,
przyjemnie chłodny kubek, a sam zaczął opróżniać zawartość
drugiego. Usiedliśmy na trawie, a on ściągnął bluzę i wreszcie
zobaczyłam mojego przyjaciela.
- Uważaj, będę do Ciebie przemawiał – powiedział z
uśmiechem – Dobra, a teraz tak na poważnie. Wczoraj trochę się
nie zrozumieliśmy… Nic nie odpowiedziałem, bo w ogóle nie
spodziewałem się takiego głupiego pytania. Jak możesz we mnie
wątpić ?! - spytał i przyciągnął mnie do siebie, mocno
przytulając .
- Ale musisz przyznać, że zachowywałeś się dość
dziwnie.
- Jak dziwnie ?
- No po prostu dziwnie. W ogóle się nie odzywałeś i
byłeś jakiś taki zamyślony… Przyznaj się, że myślałeś o
mnie – powiedziałam , dźgając w żebra.
- Nie prawda – powiedział i lekko się zarumienił.
- Skoro nie o mnie, to o czym ?
- O wszystkim po trochu, ale nie ważne … Czyli co, Vann
i Liam kontra reszta świata ? - spytał z nadzieją w orzechowych ,
roziskrzonych oczach.
- No jasne głuptasie – powiedziałam, czochrając jego
ładnie i składnie ułożone włosy .
- Skoro wszystko jest już w porządku, to możemy się
zbierać.
- Nie wiem jak Ty , ale się stąd nie ruszam –
powiedziałam, kładąc się na znak protestu . „Sama chciałaś ”
powiedział, zakładając bluzę . Nie rozumiałam o co mu chodzi, aż
do momentu, kiedy bez problemu podniósł mnie z ziemi, i
przerzucając sobie przez ramię, ruszył wzdłuż brzegu rzeki.
- Jesteś niepoważny – skwitowałam go, dławiąc się
ze śmiechu.
- Ej, to mój tekst ! To ja zawsze mówię do Ciebie , że
jesteś niepoważna, podczas, gdy Ty zachowujesz się jak dziecko i
robisz mi wstyd.
- Widzisz, rolę się odwróciły. Teraz to Ty robisz Nam
wstyd – powiedziałam, śmiejąc się z ludzi, którzy przyglądali
Nam się z miną wyrażającą pogardę dla zachowań dzisiejszej
młodzieży. Widok sam w sobie był śmieszny, a to, że widziałam
ich do góry nogami tylko dodawało mu komizmu. W końcu doszliśmy
na parking, na którym bez problemu odnalazłam samochód Liama. Jego
czarny Land Rover, który wyglądał jakby dopiero co został
wystawiony z salonu, dość wyraźnie wyróżniał się na tle innych
pojazdów.
- Chyba trochę Ci się przytyło – powiedział,
odstawiając mnie przy samych drzwiach samochodu i ślicznie się do
mnie uśmiechając.
- Wyobraź sobie, że wręcz odwrotnie – schudłam, ale
taka mała rada na przyszłość : nigdy nie mów kobiecie, że
przytyła. Nigdy.
- Na pewno zapamiętam, a teraz wskakuj – powiedział,
sam zajmując miejsce za kierownicą. Posłusznie usiadłam na
miejscu obok i włączyłam radio, podgłaszając je na maxa.
Przypadkiem, zmieniając kanały, wpadłam na „Live while we're
young” i w taki oto sposób zaczęliśmy śpiewać „Let's go
crazy crazy crazy til we see the sun”…
- Zaraz, zaraz, zaraz. Skąd mam mieć pewność, że nie
jesteś jakimś zmutowanym kosmitą, który wszedł w ciało Liama i
chce mnie porwać, a następnie uprowadzić do jakiejś kosmicznej
niewoli ? - spytałam, lekko mrużąc oczy . Moje usilne starania,
żeby wyglądać poważnie, nie przyniosły skutku, bo Liam w
odpowiedzi wybuchł głośnym śmiechem.
- Czy zmutowany kosmita wiedziałby, że podczas
przedszkolnego przedstawienia na dzień wiosny, byłaś taka
zestresowana, że zwymiotowałaś na środku sceny ? - spytał,
próbując powstrzymać się od śmiechu .
- Dzięki, nie musiałeś podawać tak dobitnych
przykładów. Wystarczyłaby data urodzenia – powiedziałam, i
krzyżując ręce na piersiach, żeby uzyskać efekt urażonej dumy,
odwróciłam się od niego i wpatrywałam w szybę. Uświadomiłam
sobie, że tak właściwie, to nie wiem gdzie on mnie wiezie… Na
odpowiedź nie musiałam długo czekać, bo po chwili stanęliśmy
przed budynkiem „Sony Music”. Jedno pytające spojrzenie w jego
stronę i już mi wszystko wyjaśniał :
- Nagrywamy i tak właściwie urwałem się ze studia,
żeby Cię przeprosić.
- Miło, ale po co tu ja ?
- Zadajesz za dużo pytań – powiedział, przybierając
podejrzany wyraz twarzy. Kiedy zauważył, że dziwnie mu się
przyglądam, szybko odwrócił głowę i pociągnął w stronę
wejścia. Wymienił tylko porozumiewawcze spojrzenia z ochroniarzami
i weszliśmy do dużego, przestronnego holu, w którego podłodze
śmiało można by się przeglądać. W windzie nacisnęliśmy 5 i
już po chwili znaleźliśmy się na wyznaczonym piętrze. Liam
prowadził mnie labiryntem niekończących się korytarzy i pokoi, aż
w końcu ustał przed masywnymi, drewnianymi drzwiami. Zastukał w
nie trzy razy, po czym szybko wbiegł do pokoju, który okazał się
dużą, przestronną salą, z dwóch stron otoczoną lustrami, a
główną ścianę tworzyło wielkie okno, z widokiem na co najmniej
połowę miasta. Pomieszczenie było puste, oprócz nas dwóch nie
było tam nikogo. Przerwałam lustrowanie wnętrza i przeniosłam
wzrok na Liama, który ustał na środku sali i cwaniacko się
uśmiechał. Po chwili z głośników rozstawionych w rogach,
popłynęły pierwsze dźwięki „I Would”. Liam zaczął śpiewać
swoją zwrotkę, a w miarę jak piosenka leciała do przodu i
przychodził czas na partie reszty zespołu, chłopcy po kolei
wyskakiwali to zza luster, to zza zasłon, albo zza drzwi, których
wcześniej nie zauważyłam… Podczas, gdy oni eksponowali swoje
wdzięki i głosy, ja zwijałam się ze śmiechu, leżąc na kanapie
. Kiedy skończyli ukłonami, podeszłam do nich, i opierając się
łokciem o ramię Louisa, podsumowałam :
- Jesteście zdrowo stuknięci.
- Niech zgadnę… I pewnie za to Nas kochasz ? - spytał
Niall, nadstawiając policzek, w który go pocałowałam, tak jak
oczekiwał.
- Dokładnie. A teraz kto mi powie co to było ?
- Przedsmak Twojego dzisiejszego wieczoru – skwitował
Zayn. Nadal nie rozumiejąc o co właściwie im chodzi, spojrzałam
na niego z miną „ What The Fuck ?! ” - Tak się głupio złożyło,
że wieczorem mamy występ, więc zamiast rytuału przywitania,
będziesz honorowym gościem na koncercie. A to coś przed chwilą,
to było zaproszenie w stylu One Direction.
- To trzeba było tak od razu…
- Tylko, że tan koncert jest w Nowym Jorku – dodał po
chwili Zayn. A ten fakt trochę zmieniał postać rzeczy. Kilka razy
byłam na ich koncertach, ale zazwyczaj odbywały się one w
Londynie, albo Wolverhampton, ale nie z Nowym Jorku. To było dla
mnie coś nowego. Chciałabym polecieć, ale … No właśnie „ ale
”. Jutro rano mam kontrolę u mojego nowego lekarza, który po
przeprowadzce przejął funkcję lekarza prowadzącego. Nie mogłam
jej przełożyć, a już na pewno nie mogłam zrezygnować. I po raz
kolejny będę musiała kłamać, co mi się raczej średnio podoba.
Chciałabym im powiedzieć prawdę, wygadać się, ale nie mogę…
Boję się, że zaczną mnie inaczej traktować, a tego bym nie
chciała. To, że jestem chora, nie znaczy, że jestem inną Vanessą
niż byłam do tej pory. Ten strach przymusza mnie do kłamania w
żywe oczy swoim najlepszym przyjaciołom.
Co za ironia.
- Nie mogę – powiedziałam, spuszczając głowę.
Wolnym krokiem podeszłam do kanapy, usiadłam się na
niej i czując całkowitą bezsilność, schowałam twarz w dłoniach
.
- Ej, co jest ? - spytał Hazza, dosiadając się do mnie.
Poczułam jak przyciąga mnie do siebie i już po chwili zatopiłam
twarz w jego mięciutkim, pachnącym tak jak on swetrze. Jakieś
piętnaście minut siedziałam, chowając się przed ich
wyczekującymi odpowiedzi spojrzeniami, aż w końcu powoli
podniosłam głowę. Wszyscy zebrali się wokół Nas – Louis i
Niall siedzieli ściśnięci na kanapie, Liam kucał na podłodze, a
Zayn stał oparty o ścianę.
- To co ? Powiesz o co chodzi ? - ponowił próbę Harry.
- Po prostu nie jadę. Nic więcej nie mogę Wam
powiedzieć, przepraszam – powiedziałam i poczułam nagłą chęć
opuszczenia tego pomieszczenia, które stawało się coraz
ciaśniejsze i duszniejsze – Muszę lecieć. Zadzwońcie jak
dolecicie, pa.
Szybko opuściłam budynek i zaciągnęłam się świeżym
powietrzem. Z braku lepszego pomysłu, postanowiłam udać się do
domu, gdzie wciąż czekały na mnie nierozpakowane walizki.
~*~
Na razie wyniki są dobre, jednak to nie zwalnia Pani od
obowiązku przestrzegania diety i zażywania przepisanych leków –
powiedział doktor, u którego stawiłam się następnego ranka.
Ucieszyła mnie wiadomość przekazana przez nowego lekarza, który
okazał się sympatycznym, uśmiechniętym starszym panem…
Podziękowałam mu i wstałam z niewygodnego krzesła w jego
gabinecie. Żegnając się, przypomniał mi o konieczności
kontrolowania ilości cukru, co automatycznie robiłam przez ostatnie
dziesięć lat, więc nie było możliwości, żebym o tym
zapomniała, i umówił mnie na następną wizytę. Względnie
zadowolona wyszłam z kliniki i udałam się do centrum handlowego,
kupić sobie coś na poprawę humoru, który od wczoraj niewiele się
zmienił. Sytuację dodatkowo pogorszył telefon Liama, który
zadzwonił tak jak prosiłam, ale niepotrzebnie wrócił do tematu.
Świadomość, że znowu go okłamałam nie wpływała pozytywnie…
Chcąc zagłuszyć wewnętrzne poczucie winy, postanowiłam kupić
buty, jak każda prawdziwa kobieta, chcąca poprawić sobie humor. I
muszę przyznać, że pomogło – wychodząc ze sklepu z trzema
kartonami z obuwiem, poczułam się nieco lepiej. W drodze do wyjścia
zatrzymałam się jeszcze w McDonaldzie po mojego ulubionego
McFlurry'ego, którego teoretycznie nie powinnam jeść, a co
praktycznie miałam w dupie, pomimo ostrzeżeń, które wciąż
dźwięczały mi w uszach. Z humorem o wiele lepszym, wsiadłam do
taksówki i podałam adres mieszkania. Jakie to dziwne, że kilka par
butów może się okazać lekiem na całe zło tego świata…
~*~
Ciężko sapiąc, dotarłam na czwarte piętro starej
kamienicy, w której mieściło się mieszkanie mojej kuzynki, a
teraz także i moje. Zdziwiłam się , kiedy zauważyłam, że drzwi
nie są zakluczone. Zostawiając zakupy w korytarzu, poszłam do
kuchni, skąd docierały radiowe głosy.
- Buu! - krzyknęłam, stając tuż za kuzynką, która
zmywała naczynia, wyginając się w rytm muzyki.
- Matko! Chcesz, żebym zawału dostała ?! - spytała,
gwałtownie odskakując od zlewu i waląc we mnie ręcznikiem
kuchennym, który był przewieszony na jej ramieniu. Oczywiście nie
obyło się bez pytań o wizytę u lekarza, która nie była zbyt
emocjonująca, więc nie było czego opowiadać – A właśnie!
- Zapomniałabym… Masz pożyczyć jakąś fajną sukienkę ?
- Może mam, może nie mam… Zależy po co.
- Scott zabiera mnie dziś na kolację i potrzebuję
czegoś… No wiesz - przytaknęłam ze zrozumieniem i pociągnęłam
ją do mojego pokoju. Po kolei wyrzucałam z szafy sukienki, które
nadawałyby się na tą okazję.
- Czy Ty nie masz co robić z pieniędzmi ? - spytała
Olivia, przymierzając kreację.
- Skoro tata funduje , to czemu mam nie korzystać ? Obróć
się – powiedziałam, przyglądając się smukłej blondynce
ubranej w miętową, koronkową sukienkę przed kolano – Ta jest
idealna.
- Tak myślisz ? - spytała, przeglądając się w
lustrze.
- Ja to wiem. Teraz tylko jeszcze buty – powiedziałam,
otwierając drugą szafę, na której półkach stały długie rzędy
szpilek, obcasów, trampek, adidasów, baletek, botków… Dobrałyśmy
odpowiednie buty, a potem ją pomalowałam, uczesałam i na
kopniakach wygoniłam z domu, wprost w objęcia ukochanego. I znowu
zostałam sama… Ciepły piątkowy wieczór, wszyscy wychodzą się
zabawić, a ja zapuszczam korzenie na kanapie, przed telewizorem.
Moje życie jest po prostu wspaniałe…
Nagle coś wyrwało mnie ze stanu zawieszenia.
Dzwonek do drzwi.
Niechętnie podniosłam się z
kanapy, przeczesałam palcami grzywkę, co zapewne nic nie dało, bo
tak czy inaczej wyglądałam jak siedem nieszczęść. Powolnym
ruchem otworzyłam drzwi, za którymi zobaczyłam Liama, trzymającego
wielki, biały karton z nadrukowanym logiem naszej ulubionej pizzeri.
- Zamawiałaś pizzę z dostawą do domu ? - spytał po
chwili niepewności, uśmiechając się. Od razu pojęłam, że tak
chce odkupić swoje winy, o których i tak już zapomniałam.
- Nie – odpowiedziałam, zatrzaskując mu drzwi przed
nosem. Chociaż trochę rozrywki… Odczekałam kilka sekund, po czym
ponownie otworzyłam, uśmiechając się do chłopaka, który był
tak zszokowany, że nie był w stanie ruszyć się z miejsca –
Żartowałam, wchodź.
Nadal był jakiś taki nieruchawy, więc złapałam go
za rękaw bluzki i wciągnęłam do mieszkania. Usiedliśmy w
salonie, na stercie koców i poduszek, które zniosłam do pokoju.
Przez chwilę poczułam się jak dawniej: tylko ja, on, pizza
hawajska i zarwane noce, spędzone na rozmowach o niczym i śmianiu
się do łez…
- Tęskniłam za tym – powiedziałam, wtulając się w
niego.
- Ja też… Chciałbym mieć więcej czasu na takie
nicnierobienie – powiedział, całując mnie w czubek głowy.
- Rozpędziłeś się kolego. To nie jest
„nicnierobienie”, tylko zacieśnianie więzi, integracja,
rozumiesz ?
- Oj przepraszam. Źle się wyraziłem… Ale może w
ramach tej integracji, pomogłabyś mi zorganizować imprezę
urodzinową dla Danielle ? Spędzilibyśmy razem trochę czasu…
Wchodzisz w to ?
__________________________________________
Miałam trochę czasu i udało mi się napisać trochę więcej niż się spodziewałam, więc postanowiłam połączyć dwa rozdziały w jeden, żeby szybciej przejść do "kluczowych" wątków. Mam nadzieję, że się podobają...
Do napisania ♥
PS : Dziękuję za komentarze, zwłaszcza te z konstruktywną krytyką. Postaram się ją zastosować ♥
I cudny uśmiech Liama. Tak na miłe zakończenie weekend'u.